Wednesday, November 4, 2009

2004 07 - lądujemy

dwie walizki. max 20 kg per sztuka. reszta dojeżdża niezawodnym autobusem linii międzykrajowej, która jes wciąż tańsza niż najtańsza linia lotnicza - w naszym przypadku upadła już air polonia. cena obu biletów - 420 zł. cena faktu, iż są one w jedną stronę: 0 zł. podekscytowanie: bezcenne. prawie jak w reklamie mastercard. chyba niewiele pamiętamy z odlotu.

przygotowania do wyruszenia: tysiące maili z cv, zapytaniami, poszukiwaniem mieszkania i mety na start. wstępnie zaklepany pokój w domu w greenwich u miłego studenta, który zmywa się na lato. zaklepane również mój pierwszy rok doktorancki na SOAS oraz Krzysia w Camberwell na book design, wartość podbita, bo ze stypendium z AHRB, o którym jeszcze nie wiedzieliśmy. wstępna odpowiedź megan z appointments bi-language, żeby wpaść, jak już będziemy na miejcu. reszta milczy.

pierwszy nocleg: u Nacey w Clapham dzięki nieobecności współlokatorki. gorąco, bo to lipiec. i od razu marsz na victorie, po walizki, z czego dwie bez kółek. gorąco.

od razu zaprzyjaźniamy się z kawiarenką internetową na rogu (funta za godzinę, co wydaje nam się szaleństwem) oraz z lokalnym hindusem, gdzie kupujemy mleko na pinty. jedziemy oglądać pokój w greenwich. szalenie mili ludzie. szalenie zasyfiona kuchnia. szalenie zasyfiona łazienka. szalenie miła okolica. szalenie absolutnie nie ma szans. zlewamy pana miłego studenta i rozpoczynamy poszukiwania z zaciśniętym pasem budżetowym.

na liście z zapadłych w pamięć miejsc znalazło się studio w ealing, za 120 funtów tygodniowo i odpadających tynkiem z sufitu, na parterze i kuchenką dwu-palnikową elektryczną. nie znoszę.

wydzwaniamy wszystkie ogłoszenia z loot.com. nabijamy nacey rachunek.
w międzyczasie wydzwaniamy pracę, a zwłaszcza niezawodne pertemps, które podobno wszystkim dawało pracę do tempowania. nam nie chciało, bo zatrudnianie przybyszów z Polski było jeszcze dużą nowością na wyspach.

w międzyczasie robimy kilometry zdzierając podeszwy i roznosząc cv po wszystkich gastronomicznych przylądkach w całej stolicy, marząc, że uda nam się znaleźć pracę w tym samym miejscu. have you got any vacancies miało jako starter zachęcić kupującego czyli naszego potencjalnego employera do przekonania się, że my jako całość speak fluent english i nie chcemy tylko i want job, ale nasza znajomość języka jest godna stanowiska lania piwa i mieszania jd & coke.

ruda ruda (jak ona się nazywała) z goose przy russell square daje nam szansę. chociaż bez większego przekonania na początku. i to od razu nam obojgu. warunek: trzeba mieć black pants. i absolutnie zakryte palce u nóg (na zewnątrz termometr przebija 30 kresek, jak siłacz na ringu w wesołym miasteczku). na szczęście to nie terror jak w koncernach farmaceutycznych, ale health & safety. płaca minimalna: 4.75 za godzinę. do tego pół godziny przerwy za każdą 4 godzinną shift i zniżka na hamburgery w pubie. płacą co tydzień. na konto, którego jeszcze nie mamy.

ja staję na kasie, krzyś na sali. aha. no i tipy. nie ma tipów, ale jak się komuś spodoba obsługa (moja), to mi kupuje drinka. ale nie mogę go wypić podczas pracy, tylko po zamknięciu pubu. piątki są najlepsze. ruch zaczyna się o 17, a kończy o 23. nie ma przerwy nawet na siku. sobota tak samo. po 2 tygodniach chudnę 4 kilo. po 6 godzinach bzyczenia, stukania, nabijania, zatwierdzania, podawania, wyjmowania szklanek, mieszania wszystkiego ze wszystkim i modlenia się, żeby zamówień na hamburgery podlane sosem śmakim z frytkami śmakimi i posypką było jak najmniej, człowiek marzy o prysznicu, nie wspominając o dotarciu do domu, a nie o wypiciu 7 kolejek ginu z tonikiem - a na deser - 5 jd & coke. ale nie ma tipów, można tipować drinkami.

tip znajdował się chyba tylko w słowie tipsy na zakończenie wieczoru. ale pierwsze wieczory byliśmy upojeni faktem, że na koniec nerwowego tygodnia, gdzie współlokatorka wracała odzyskać swój pokój, na ostatni dzwonek w sobotę po południu pojechaliśmy oglądnąć mieszkanie, a raczej pokój, który okazał się strzałem w dziesiątkę.

i żeby plusy nie przesłoniły nam minusów, to owszem była dzielona łazienka, a nawet dwie, zmieniający się współlokatorzy (łącznie ze smarkającym luisem, pielęgniarką lizzie, nowozelandczykiem imprezowiczem, włoszką z rudymi włosami i parą Polaków), ale rzut beretem był hampstead, z domem mojego przyszłego szefa wszystkich szefów, west hampstead z najlepszymi fishem i chipsem oraz pięknym cmentarzem, szczęśliwa 13stka odjeżdżająca w kierunku baker street z otwartą tylnią plaformą i konduktorem, piękny wiktoriański dom, który potem gościł zbirów i mnie w charakterze świadka, golders green z nieocenionym zatęchłym b&b oraz masą żydów z pejsami, no i nasz pierwszy pokój, zupełnie jak dziecko, na 9 miesięcy, z szybami w szprosy, wytartą sofą, plamami na dywanie, biurkiem, na którym piszę i które służyło za stół, i w rozmiarze umożliwiającym dogodną egzystencję, pod warunkiem, że dominuje entuzjazm, wiara i niepodważalne przekonanie, że się uda.

No comments:

Post a Comment