Thursday, November 5, 2009

2004 08 - praca

Dzwonię do Megan z mojej świeżo zainstalowanej i sprezentowanej karty sim z Virgin. Życiorys. Tak. Wpaść. Tak. Pogadać. Tak. Cholera, nie mam stroju wyjściowego ani butów.
Oxford Street. Covent Garden. Dzięki Bogu za wyprzedaże letnie. Rajstopy. Na zewnątrz dalej mega upał. Wpadam. Środek Covent Garden. Open space. Biurko na biurku. Telefon na telefonie. Wiatraki. Brak klimy. Tak, duże doświadczenie. Tak, pilotowałam. Tak, organizowałam. Tak, mój cv jest do bani i super, że go przerobimy. (Mój cv był do bani, bo była na modłę nie brytyjską).
Tak, hi Julie, hi Pete, hi whoever. Odezwą się.

Dalej sami wysyłamy. Odzywa się Julie - ma pracę, chyba jakaś firma żywieniowa. Na drugiej stronie szali: Random House intervju. Harper Collins intervju. Idę na wszystkie. Wszyscy mnie lubią i kochają. W Random House australijska PA musiała wrócić do Australii. Jak trzymam porządek? Jak organizuję sobie życie? Jak przypominam? Najlepiej. Najszybciej. Najwspanialej. W Harper Collins szukają PH. Czy jeżdżę samochodem? Czy miałam świetnie wyniki w sprzedaży książek? Naturalnie. Od zawsze po lewej stronie. Zawsze.

W firmie żywieniowej, która okazała się firmą marketingową, pan mnie zachęca: tu jest centrum świata. Możliwości. Przy każdym słowie odchyla się w krześle mocno w tył. Wziut. Technologia wziut Opportunity przez trzy 'p' wziut Międzynarodowość wziut
Co miałabym robić? Wszystko czyli niedużo. Na przykład wysyłać mojej żonie kwiaty, jak ja zapomnę. Super. Robię mentalny wziut na permanentny aut.

Drugie intervju w firmie 'żywieniowej'. Znowu upał. Komórka przed wejściem do biura. Julie. Pytanie. Czy mogę związać włosy. Czy mogę związać włosy?? Mam krótkie. Nie dam rady. Po jaką cholerę?? Bo nie są corporate enough. Bo nie są corporate enough?? W myślach wybucham śmiechem i stwierdzam, co za kompletny palant. I wjeżdżam wzjut na totalnym luzie, z pełnym tupetem, gdzie kolejny pan jako kryterium stawia fakt, że nie mówi dzień dobry i czy ja ok.
Ja okej no problem całujcie mnie nie powiem gdzie chyba sobie żartujecie. Wziut.

Następnego dnia podpisuję umowę what the hell. No i do dziś dnia tam pracuję, niekiedy zastanawiając się, gdzie bym była gdyby Random House mnie równie zaciekawił... Nie ma to jak first impressions. Wziut.

Wednesday, November 4, 2009

2004 07 - lądujemy

dwie walizki. max 20 kg per sztuka. reszta dojeżdża niezawodnym autobusem linii międzykrajowej, która jes wciąż tańsza niż najtańsza linia lotnicza - w naszym przypadku upadła już air polonia. cena obu biletów - 420 zł. cena faktu, iż są one w jedną stronę: 0 zł. podekscytowanie: bezcenne. prawie jak w reklamie mastercard. chyba niewiele pamiętamy z odlotu.

przygotowania do wyruszenia: tysiące maili z cv, zapytaniami, poszukiwaniem mieszkania i mety na start. wstępnie zaklepany pokój w domu w greenwich u miłego studenta, który zmywa się na lato. zaklepane również mój pierwszy rok doktorancki na SOAS oraz Krzysia w Camberwell na book design, wartość podbita, bo ze stypendium z AHRB, o którym jeszcze nie wiedzieliśmy. wstępna odpowiedź megan z appointments bi-language, żeby wpaść, jak już będziemy na miejcu. reszta milczy.

pierwszy nocleg: u Nacey w Clapham dzięki nieobecności współlokatorki. gorąco, bo to lipiec. i od razu marsz na victorie, po walizki, z czego dwie bez kółek. gorąco.

od razu zaprzyjaźniamy się z kawiarenką internetową na rogu (funta za godzinę, co wydaje nam się szaleństwem) oraz z lokalnym hindusem, gdzie kupujemy mleko na pinty. jedziemy oglądać pokój w greenwich. szalenie mili ludzie. szalenie zasyfiona kuchnia. szalenie zasyfiona łazienka. szalenie miła okolica. szalenie absolutnie nie ma szans. zlewamy pana miłego studenta i rozpoczynamy poszukiwania z zaciśniętym pasem budżetowym.

na liście z zapadłych w pamięć miejsc znalazło się studio w ealing, za 120 funtów tygodniowo i odpadających tynkiem z sufitu, na parterze i kuchenką dwu-palnikową elektryczną. nie znoszę.

wydzwaniamy wszystkie ogłoszenia z loot.com. nabijamy nacey rachunek.
w międzyczasie wydzwaniamy pracę, a zwłaszcza niezawodne pertemps, które podobno wszystkim dawało pracę do tempowania. nam nie chciało, bo zatrudnianie przybyszów z Polski było jeszcze dużą nowością na wyspach.

w międzyczasie robimy kilometry zdzierając podeszwy i roznosząc cv po wszystkich gastronomicznych przylądkach w całej stolicy, marząc, że uda nam się znaleźć pracę w tym samym miejscu. have you got any vacancies miało jako starter zachęcić kupującego czyli naszego potencjalnego employera do przekonania się, że my jako całość speak fluent english i nie chcemy tylko i want job, ale nasza znajomość języka jest godna stanowiska lania piwa i mieszania jd & coke.

ruda ruda (jak ona się nazywała) z goose przy russell square daje nam szansę. chociaż bez większego przekonania na początku. i to od razu nam obojgu. warunek: trzeba mieć black pants. i absolutnie zakryte palce u nóg (na zewnątrz termometr przebija 30 kresek, jak siłacz na ringu w wesołym miasteczku). na szczęście to nie terror jak w koncernach farmaceutycznych, ale health & safety. płaca minimalna: 4.75 za godzinę. do tego pół godziny przerwy za każdą 4 godzinną shift i zniżka na hamburgery w pubie. płacą co tydzień. na konto, którego jeszcze nie mamy.

ja staję na kasie, krzyś na sali. aha. no i tipy. nie ma tipów, ale jak się komuś spodoba obsługa (moja), to mi kupuje drinka. ale nie mogę go wypić podczas pracy, tylko po zamknięciu pubu. piątki są najlepsze. ruch zaczyna się o 17, a kończy o 23. nie ma przerwy nawet na siku. sobota tak samo. po 2 tygodniach chudnę 4 kilo. po 6 godzinach bzyczenia, stukania, nabijania, zatwierdzania, podawania, wyjmowania szklanek, mieszania wszystkiego ze wszystkim i modlenia się, żeby zamówień na hamburgery podlane sosem śmakim z frytkami śmakimi i posypką było jak najmniej, człowiek marzy o prysznicu, nie wspominając o dotarciu do domu, a nie o wypiciu 7 kolejek ginu z tonikiem - a na deser - 5 jd & coke. ale nie ma tipów, można tipować drinkami.

tip znajdował się chyba tylko w słowie tipsy na zakończenie wieczoru. ale pierwsze wieczory byliśmy upojeni faktem, że na koniec nerwowego tygodnia, gdzie współlokatorka wracała odzyskać swój pokój, na ostatni dzwonek w sobotę po południu pojechaliśmy oglądnąć mieszkanie, a raczej pokój, który okazał się strzałem w dziesiątkę.

i żeby plusy nie przesłoniły nam minusów, to owszem była dzielona łazienka, a nawet dwie, zmieniający się współlokatorzy (łącznie ze smarkającym luisem, pielęgniarką lizzie, nowozelandczykiem imprezowiczem, włoszką z rudymi włosami i parą Polaków), ale rzut beretem był hampstead, z domem mojego przyszłego szefa wszystkich szefów, west hampstead z najlepszymi fishem i chipsem oraz pięknym cmentarzem, szczęśliwa 13stka odjeżdżająca w kierunku baker street z otwartą tylnią plaformą i konduktorem, piękny wiktoriański dom, który potem gościł zbirów i mnie w charakterze świadka, golders green z nieocenionym zatęchłym b&b oraz masą żydów z pejsami, no i nasz pierwszy pokój, zupełnie jak dziecko, na 9 miesięcy, z szybami w szprosy, wytartą sofą, plamami na dywanie, biurkiem, na którym piszę i które służyło za stół, i w rozmiarze umożliwiającym dogodną egzystencję, pod warunkiem, że dominuje entuzjazm, wiara i niepodważalne przekonanie, że się uda.

londonowo czyli...

...londyn na nowo, londyn to i owo czyli po prostu próba rekonstrukcji lat 2004 - 2008 spędzonych w londynie.

zacznę od samego początku, w miarę chronologicznie, ale może się trochę poplątać, bo większość dowodów datowanych uległa zniszczeniu w naturze lub unicestwieniu w cyberprzestrzeni.

i jak to na 'wierną rekonstrukcję' przystało, nie ma nic bardziej zawodnego niż pamięć ludzka.